22.07.10
Kopff: Krzyżacy z Krakowskiego Przedmieścia
Do przeczytania jeden Kopff
W sześćset lat po bitwie pod Grunwaldem, kiedy to połączone siły polsko -litewskie pokonały rycerzy arcykatolickiego Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny - duchowi spadkobiercy przegranych znów podnoszą rękę na nasze państwo. I to gdzie? W samym środku stolicy! Niepomni na swoiste memento, czyli odrestaurowane obrazki z filmu Aleksandra Forda – grunwaldzkie pola usłane zwłokami odzianymi w białe płaszcze z krzyżem – dziś także stają do walki z Rzeczpospolitą, pod jego znakiem. Ale jakże inna jest ich sytuacja! Pod wodzą Wielkiego Mistrza von Kaczyńskiego, wspierani przez kościelnych hierarchów i duchowego przywódcę, zakonnika von Rydzyka, przypuszczają szturm na siedzibę prezydenta, żądając dziedziczności tronu, który, ich zdaniem, przypadkiem dostał się w ręce osoby niegodziwej - niejakiego Komorowskiego. Przecież on nie zasługuje na zamieszkanie w tym świętym miejscu, gdzie pod kandelabrami snuł się tragicznie zmarły brat Mistrza, od czasu do czasu mamrocząc niewyraźnie przemówienia i orędzia, napisane mu przez zakonnych PiSarczyków! To oczywiście pretekst do wojny o Polskę, która jest najważniejsza. Wojna - nie Polska. Wojna o władzę.
Współcześni krzyżacy gotowi są walczyć o schedę po Lechu do ostatniej kropli wina, którym poją się w czasie nocnych czuwań. Pewien mój kolega, zabłąkawszy się w strefę bitwy, odmówił podpisania krzyżackiej volkslisty, podsuniętej mu przez zionącego alkoholem rycerza, i musiał salwować się ucieczką przed tłumem pobożnych knechtów i leciwych markietanek. Sytuacja jest groźna, bo władze naszej ojczyzny zachowują się tak ostrożnie, że aż tchórzliwie, a krzyżacy cały czas atakują, wiedząc, że wśród ich przeciwników nie ma Jagiełły. Komorowski czy Tusk nie chcą bowiem wojny i stawiają na rokowania, lecz chytrzy zakonnicy zwodzą ich obłudą, w używaniu której są niedościgli. Dzięki ich dyplomacji jedyny rycerz, który im się na kształt Juranda przeciwstawia – Palikot z Biłgoraja – na infamię jest skazany i grozi mu oślepienie przez swoich.
Sześćset lat temu w obronie Polski nasze rycerstwo stanęło do walki. Przyszło im zmierzyć się z rabusiami z krzyżem na piersiach, udającymi bogobojnych zakonników - i zwyciężyli. Krzyżacy dostali łupnia - krzyże nie powstrzymały ich klęski. Dziś ten symbol chrześcijan ponownie służy do osłabienia Rzeczpospolitej - pod jego osłoną uniemożliwia się głowie państwa sprawowanie powierzonego przez naród urzędu. Próby usunięcia krzyża dają asumpt do bezczelnego szantażu przez współczesnego wielkiego mistrza blagi i hipokryzji, lekceważącego struktury państwa i drwiącego z jego obywateli. Wszystko to dzieje się na naszych oczach, a my, milcząc, dajemy na to przyzwolenie. Tchórzymy przed krzyżem? Jagiełło w grobie się przewraca, a pisowscy komturowie, szydząc z nas, co chwilę wysyłają nagie miecze kłamstw i matactw, bo są bezkarni.
Przed nami stoi trudny wybór – czy pozwolimy na opanowanie kraju przez watahy zbójców odzianych nie tylko w owcze skóry, ale i w ornaty, czy też, mając na uwadze przyszłość ojczyzny, przegonimy przebierańców zawczasu nie tylko spod prezydenckiego pałacu, ale i z naszego życia publicznego. Jeśli tego nie uczynimy, krzyży będzie coraz więcej – tyle, że dla każdego wystarczy. Nie łudźcie się - dla wojsk von Kaczyńskiego krzyż to nie znak wiary - to broń! Niestety, jak widać, dość skuteczna. Rodacy! Larum grają! Bić psubratów, kto w Boga wierzy!
Antoni Kopff
