niedziela, 23 listopad 2014 17:54

Najważniejsza jest atmosfera na planie zdjęciowym

Napisane przez 
Najważniejsza jest atmosfera na planie zdjęciowym Fot. archiwum prywatne Leonarda Karpiłowskiego

Z Leonardem Karpiłowskim, artystą fotografikiem, publicystą, pedagogiem i autorem książek o tematyce fotograficznej, autorem zdjęć publikowanych w „Południu” rozmawia Anna Tomasik

- Podobno twój ojciec też fotografował, czy zatem to on zaraził ciebie bakcylem fotografii?

- Ojciec miał bardzo szerokie zainteresowania i jednym z nich była właśnie fotografia, ale zawodowcem w tej dziedzinie nie był. Dzięki ojcu i jego pasji fotografowania mam dużo zdjęć z okresu dzieciństwa i młodości. Rodzinne fotografie przechowywane tak skrzętnie w albumach, o co ojciec zresztą bardzo dbał, dzisiaj stanowią dla mnie piękną pamiątkę z tamtych czasów. Może nie uwierzysz, ale moja pasja fotografowania nie wiąże się z osobą ojca.

- To jak to się stało, że i ty zacząłeś bawić się fotografią?

- Byłem w drugiej czy trzeciej klasie szkoły średniej, kiedy zobaczyłem, jak starsi koledzy nie tylko fotografują, ale i potem sami wywołują zdjęcia. To były czasy, kiedy można było korzystać z bardzo kiepskich laboratoriów albo po prostu robić samemu. Jakość tych zdjęć była wtedy bardzo niska, a kto chciał mieć dobre zdjęcia, musiał znać proces robienia zdjęć od początku do końca, w tym również ich obróbkę chemiczną. Tak mi się to spodobało, że sam zacząłem bawić się w fotografowanie. Dzięki wyrozumiałości mamy, która pozwalała na długie blokowanie łazienki z przeznaczeniem jej na ten czas na ciemnię, zacząłem je też sam wywoływać. Nasze mieszkanie miało ten dobry układ, że ubikacja i łazienka były oddzielnie, więc blokowanie łazienki nie zaburzało normalnego toku życia rodziny. Fotografią zajmuję się już blisko pięćdziesiąt lat.

- Masz solidne wykształcenie w tym zakresie: Studium Fotografii i Filmu Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury MKiS, poparte potem między innymi udziałem w warsztatach fotograficznych prowadzonych przez Zbigniewa Dłubaka. Co ci to wszystko dało?

- Mówi się, że każdy artystą się urodził, ale dzisiaj to już nie te czasy. Szkoła porządkuje wiedzę i zmusza człowieka do robienia pewnych rzeczy w ramach programu edukacyjnego, których normalnie by nie robił. Dla przykładu: kiedyś mieliśmy w szkołach taki przedmiocik, jak optyka, czyli podstawową wiedzę, która jest fotografowi potrzebna. Obecnie żyjemy w innej epoce i tego się w szkołach nie uczy. Pamiętam, kiedyś zapytałem swojego profesora: „Po co nam ta optyka? Przecież to się nam nigdy nie przyda”. W odpowiedzi usłyszałem: „Proszę pana, niech pan tego nie mówi, bo pan nie wie, kiedy to się może przydać”.

- I racja była w tym jego stwierdzeniu?

- Oczywiście! Zakres wiedzy z optyki przydał się potem wielokrotnie!

- Co lub kogo najchętniej fotografujesz?

- A to zależy o co pytasz. Chodzi ci o sferę zawodową, czy sferę zainteresowań?

- O wszystko!

- Moją specjalnością jest fotografia zabytków i dzieł sztuki, a więc reprodukcje obrazów olejnych, akwarel czy grafik, zdjęcia rzeźby i zabytków architektury. Fotografuję też ludzi, ale akurat to nigdy nie było moją najważniejszą działalnością zawodową. Wiadomo, że człowiek wybiera sobie jakąś tam specjalizację, bo wszystkiego robić się nie da. Fotografia zawodowa wymaga wyspecjalizowanych zajęć i narzędzi. Nie będę się bawił w fotografię podwodną, gdyż nie umiem nurkować, no i nie mam sprzętu do zdjęć podwodnych. Kiedy pracowałem swego czasu w jednym z mokotowskich domów kultury, to wszyscy zachwycali się moimi portretami i byli ogromnie zaskoczeni, jak mówiłem, że nie jestem portrecistą, że ja się tylko bawię portretem.

- Mimo, iż portret nie jest twoją specjalizacją i traktujesz tę formę fotografii ubocznie, to masz na swoim koncie wiele znakomitych portretów wielkich tego świata, jak chociażby Małgorzaty Długosz czy Witolda Matulki…

- W tym przypadku fotografuję ludzi, których lubię i z którymi się przyjaźnię. Wiadomo, że lubimy oglądać to, co jest sercu miłe.

- Podobno przez długi okres czasu fotografowałeś… konie?

- Tak. Konie obecne w naszej rodzinie były od zawsze. Mój dziadek handlował końmi, mój ojciec służył w pułku kawalerii konnej WP i sam też jeździł konno. Ja, niestety, z przyczyn zdrowotnych nie nauczyłem się jazdy konno, ale moja córka ma konia i jeździ na nim. Człowiek jest leniwy i wygodny. Mieszkałem wtedy na Służewcu. Z okien balkonu widziałem tor roboczy, po którym od godziny szóstej rano do godziny jedenastej biegały konie. W każdej fotografii liczy się materiał i oczywiście dostęp do tematu. A ponieważ byłem jednym z nielicznych, którzy mieli prawo wchodzenia na tor w czasie gonitw, więc przez blisko pięć lat byłem stałym bywalcem wyścigów i robiłem zdjęcia. Ukoronowaniem tego była wystawa „Koński balet” w 1977 roku.

- Jesteś autorem wielu wystaw indywidualnych…

- Przyznam szczerze, że kiedyś skrzętnie notowałem każdy swój udział w wystawie. Doszedłem do pięćdziesięciu i przestałem liczyć.

- A pamiętasz swoją pierwszą wystawę?

- Oczywiście! Tego się nie zapomina! To była wystawa „Rytmy” w 1976 roku.

- W swoich pracach wykorzystujesz głównie technikę bromową i jej możliwości interpretacyjne, kolor zaś traktujesz użytkowo. Z czego to wynika?

- W tej chwili, jak zapewne sama zauważyłaś, mody się zmieniają. Fotografia przez ponad sto lat dążyła do tego, żeby być fotografią kolorową. Kiedy pojawiła się cyfra zaczęła się masowa produkcja margaryny cyfrowej szaro-burej. Bo to nie są zdjęcia czarno-białe. Pozbawione subtelności walorów tonalnych są ich namiastką. Widziałaś przed chwilą, jak wygląda odbitka czarno-biała, a jak wygląda namiastka cyfrowa, gdzie zdejmie się tylko kolor. Kiedyś podstawą zdjęcia w fotografii użytkowej był diapozytyw określonego formatu: średnioformatowy lub wielkoformatowy.

- Czy to prawda, że jakość zdjęcia zależy od formatu?

- Oczywiście! I tego nie da się nigdy przeskoczyć, dlatego jesteśmy ciągle pełni podziwu dla zdjęć z pierwszej połowy ubiegłego wieku, gdyż były to odbitki stykowe, co w tym przypadku oznacza najmniej strat w drodze dalszego obrabiania.

- Czy twoim zdaniem fotografia wielkoformatowa odejdzie do lamusa?

- Praktycznie ona już odeszła! Zapotrzebowanie na nią jest coraz mniejsze, a wynika to ze świadomości odbiorcy. Wiadomo, fotograf to zawód, profesja, i każdy, kto je wykonuje, musi też z czegoś żyć. Dzisiaj można się jedynie bawić w fotografię wielkoformatową. Ale tak jest na całym świecie. Żyjemy w innej epoce, w innych realiach. Zauważ, wiele zdjęć przeznaczonych jest do Internetu, a jego format dostępny w necie sprawia, że tego zdjęcia nawet się dobrze nie zobaczy.

- Od 1993 roku zajmujesz się także publicystyką z zakresu estetyki, techniki i technologii fotografii…

- Można powiedzieć, że poszedłem za duchem czasu i przez półtora roku ukazywał się nawet na jednym z portali internetowych, w zakładce światło, mój cykl o oświetleniu studyjnym.

- Od blisko dwóch lat na łamach „Foto-Kuriera” redagujesz rubrykę „Okiem Leonarda”, oceniając zdjęcia nadesłane przez czytelników. Na czym polega ta ocena? Inaczej przecież każdy z nas postrzega tzw. artyzm…

- Nie ma obiektywnej oceny. Taka może dotyczyć tylko jednego: rzetelności warsztatu. Natomiast każda inna jest oceną subiektywną. Jesteśmy różnymi ludźmi i każdy z nas inaczej odczuwa oraz odbiera pewne rzeczy.

- Na swoim koncie masz też kilka książek. Ostatnia z nich, „Światła i cienie w fotografii”, przyniosła Ci wyróżnienie w kategorii „Technika” I Konkursu na Fotograficzną Publikację Roku 2008…

- Każda tego typu książka ma na celu przede wszystkim uporządkowanie wiedzy, a w tym konkretnym przypadku przytaczam też przykłady, jak niektóre techniczne problemy rozwiązywać. Pozycja „Światła i cienie w fotografii” adresowana jest do wszystkich młodych duchem, do tych, którzy już mają opanowaną technikę fotograficzną, ale potrzebują użytkowej wiedzy o świetle. Na pewno nie jest to książka dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z fotografią.

- Jesteś także wykładowcą w Warszawskiej Szkole Reklamy. Zajęcia prowadzisz w oparciu o swój autorski program?

- Tak, gdyż w szkołach nowego typu, a taką niewątpliwie jest ta, w której pracuję, wykładowcy mają możliwość kształtowania programu. Mój jest związany z fotografią klasyczną. Uważam, że bez względu na to, w jakiej epoce żyjemy i czym się posługujemy, to z punktu widzenia dydaktycznego, a mówię to również na podstawie własnego doświadczenia, zaczyna się od prostych kamer. Kiedyś był to mały obrazek, a teraz to… jeszcze mniej niż mały obrazek. Wielki format daje inne formy wypowiedzi, inne możliwości. Fotografia to nic innego, jak dokumentacja mojego widzenia, zdolności przeżywania, to zapisanie na tym kawałku celuloidu czy w tej chwili matrycy takich a nie innych emocji. Emocje kształtowane poprzez światło, wybór miejsc… Często powtarzam swoim uczniom, że jedną z najważniejszych rzeczy niezbędną do zrobienia dobrego zdjęcia jest atmosfera na planie zdjęciowym.

- Artysta fotografik, wykładowca fotografii, autor książek i publikacji prasowych z zakresu fotografii. Która profesja jest ci najbliższa?

- Nie ma jednej bez drugiej. To wszystko jest związane ze sobą. Najważniejsza jednak jest zawsze działalność zawodowa, bo dzięki niej są środki na życie, a potem rozwój własnej osobowości, czyli twórczość.

- Od wielu lat twoje zdjęcia można spotkać także na łamach tygodnika „Południe”. Jak tutaj trafiłeś?

- Jeden z moich przyjaciół, nieżyjący już Andrzej Wiśliński, był pierwszym fotoreporterem „Południa”, które wtedy ukazywało się w czarno-białej szacie graficznej. W pewnym momencie, niestety, musiał na jakiś czas zaprzestać tej współpracy z uwagi na swój stan zdrowia. Poprosił mnie wtedy, czy przez okres jego niedyspozycji nie mógłbym jego zastąpić. Zgodziłem się. I tak doszło do współpracy z „Południem”, która z małą przerwą trwa do dzisiaj.

- Czy twoje dzieci poszły w ślady znanego taty i też zajmują się fotografią?

- Syn, Wojtek, związał się z fotografią pośrednio, gdyż pracuje jako fotoedytor w jednym z wydawnictw, zaś córka Kasia robi zdjęcia tylko na własne potrzeby.

- Gdybyś miał zdradzić Czytelnikom w telegraficznym skrócie tajniki zrobienia dobrego zdjęcia, to co byś im doradził?

- Odpowiem nieco żartobliwie: nie wyheblujemy deski nie mając hebla. Na zrobienie dobrego zdjęcia składa się wszystko. Najważniejsza jest świadomość osoby fotografującej i nie jest ważne, czy to zawodowiec, czy też amator. Kiedyś na podobne pytanie odpowiedziałem również żartobliwie, że najlepiej zrobić dwa fakultety, jeden techniczny a drugi humanistyczny, i dopiero brać się za fotografię.